Janusz Chabior: przydała mi się zabawa z Małym Chemikiem
Janusz Chabior (fot. Krzysztof Kurek/TVP)

– Nie byli to naturszczycy z agencji statystów. To byli ludzie, którzy wcześnie  byli prokuratorami, wojskowymi, policjantami. Żaden z nich nie miał aspiracji, żeby zostać Robertem de Niro. Zachowywali się w sposób naturalny, o co zresztą bardzo dbał Patryk. Dla mnie jako dla aktora była to znakomita obserwacja ich zachowań, gdzieś na drugim śniadaniu, na kawie, czy na papierosie – mówi Janusz Chabior, grający rolę pułkownika Mariana Bońki w serialu „Służby specjalne” według scenariusza i w reżyserii Patryka Vegi. 

W przypadku „Służb specjalnych” widzowie najpierw obejrzeli w kinie film fabularny, a teraz obejrzą serial w TVP2. Jak się wraca na plan zdjęciowy, żeby zagrać tę samą postać?

– Z przyjemnością. Dzięki Telewizji Polskiej Marian Bońka nadal żyje. Znowu na moim biurku pojawił się dobry scenariusz. Pracowaliśmy ciężko. Staraliśmy się nie obniżyć lotów. 

Czy akcja serialu będzie się pokrywała z akcją filmu? 

– W serialu zobaczymy to, co wydarzyło się wcześniej niż w filmie. Film zaczynał się od rozwiązania Wojskowych Służb Informacyjnych. Serial będzie opowiadał też o tym, jak doszło do rozwiązania WSI. Będzie gdzieś dotykał Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, afery Art B. Poznamy bliżej rodzinę Mariana Bońki, jego córkę, jego zięcia. Ci, którzy obejrzeli film uzyskają w serialu odpowiedzi na pytania, których nie uzyskali w filmie.

A co mógłby Pan powiedzieć o granej przez siebie postaci, czyli pułkowniku Marianie Bońce?

– Pułkownik Bońka jest wykształconym oficerem jeszcze za czasów komunistycznych. Ukończył kurs KGB w Polsce. Był kierownikiem IV Departamentu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, który zajmował się walką z Kościołem  katolickim. Potem po weryfikacji skierowany zostaje do bardzo tajnej komórki. Tą komórką dowodzi generał Światło i zbiera do niej doświadczonych oficerów. Prowadzi on pewną grę, która jest związana z tym co się w tym czasie w Polsce działo. Chodzi o polityczną grę podjętą w sytuacji, kiedy w tzw. Raporcie Macierewicza zostały ujawnione nazwiska agentów i współpracowników WSI. Bezpośrednio zagrażało to wielu oficerom i podjęte zostały pewne działania, w ramach których znalazło się miejsce dla tej specjalnej komórki, w której działał pułkownik Bońka. 

Jestem pełen podziwu dla Patryka Vegi. Musiał się strasznie napracować, żeby napisać scenariusz do filmu i serialu…

– Uczestniczyłem w  spotkaniach z publicznością, podczas których mówił o rozmowach z ludźmi, którzy opowiadali mu z pierwszej ręki o historiach związanych z działalnością służb specjalnych. Poczuł temat, zebrał świetny materiał i – jak sam mówi – szybko napisał scenariusz. 

A jaki jest jego styl pracy na planie?

– Praca z Patrykiem jest jak wizyta w dobrej restauracji. Dobre jedzenie, profesjonalna obsługa i niski rachunek.

Czy jakieś osobiste doświadczenia pomogły Panu w budowaniu postaci pułkownika Bońki. Był Pan w wojsku w stanie wojennym i była to pewnie ostra szkoła jazdy. Czy w jakimś stopniu było to pomocne?

– Najbardziej przydała mi się odtworzenia tej roli zabawa w szkole podstawowej z Małym Chemikiem (śmiech), bo ten motyw gdzieś się tam pojawia w scenariuszu. Albo lekcje ZPT (zajęcia praktyczno-techniczne), na których bawiliśmy się sznurkiem do snopowiązałki. To jest zupełnie inne środowisko niż wojsko. Świat oficerów służb specjalnych jest światem zamkniętym, hermetycznym. Można o tym gdzieś ewentualnie poczytać, ale trudno o doświadczenia osobiste w takich formacjach. 

Czyli Wasza gra była oparta na scenariuszu Patryka Vegi, który pogadał sobie nieco z różnym funkcjonariuszami, i właśnie scenariusz był tu inspiracją?

– Tak. Dodam tu, że graliśmy jeszcze w towarzystwie… 

Naturszczyków?

– Tak. Tyle, że nie byli to naturszczycy z agencji statystów. To byli ludzie, którzy wcześnie  byli prokuratorami, wojskowymi, policjantami. Żaden z nich nie miał aspiracji, żeby zostać Robertem de Niro. Zachowywali się w sposób naturalny, o co zresztą bardzo dbał Patryk. Dla mnie jako dla aktora była to znakomita obserwacja ich zachowań, gdzieś na drugim śniadaniu, na kawie, czy na papierosie. Można powiedzieć, że to była taka „prawda czasu, prawda ekranu”. 

Język przedstawicieli służb jest specyficzny. Bardzo mocny, wiele jest tu przekleństw. Prym wiedzie tu pułkownik Bońka… 

– Tak, to jest prawda. Każdy człowiek ma jakiś swój specyficzny sposób bycia. Marian Bońka często wplata przekleństwa do swoich wypowiedzi. Robi to mimowolnie i nie wyraża to wcale jego stanu emocjonalnego. To jest taka jego natura. 

Ta natura Bońki widoczna jest w brawurowej scenie, kiedy przedstawia swoje żądania pewnemu przeorowi…

– Moim zdaniem w filmie jest bardzo dużo brawurowych scen. Film się bardzo dobrze ogląda i mam nadzieję, że serial powtórzy sukces filmu.

Zarówno Pan, jak i ja, jak i duża część widzów obserwowała wydarzenia, które stały się podstawą scenariusza. Tutaj Patryk Vega przedstawił swoje spojrzenie na kulisy tych wydarzeń, np. samobójstwo Andrzeja Leppera. Czy Pan patrzy na to podobnie?

– Andrzej Lepper? Nie ma takiej postaci w filmie. To jest film sensacyjny, nie paradokument. Uczestniczyłem w projekcie, który 
miał napisany scenariusz. Być może reżyser chciał podkreślić, że w świecie, w którym działają tajne służby, nic nie jest stuprocentowo pewne. W efekcie oficjalne wersje wydarzeń mogą się różnić od tych prawdziwych. Wspomniany przez pana  Lepper mówił w Sejmie o lądowaniu talibów w Polsce i nikt w to wtedy nie wierzył. Dziś wiemy, że to była prawda.
Przypominam sobie wzmożoną aktywność polskich służb przy okazji wyborów prezydenckich. Interesowano się Stanem Tymińskim, było też fałszywe oskarżenie Józefa Oleksego…

– Nie jest to jakaś polska specyfika. Jak się popatrzy na Mossad, KGB, MI6, czy inne formacje to ich działania wymykają się demokratycznej kontroli. Te służby wykonują pewną politykę w interesie państwa. Świat jest po prostu otoczony siecią służb specjalnych. 

Ostatnio Pan dużo gra. Zobaczyłem Pana na zdjęciu z filmu „Na granicy” – był Pan w mundurze…

– Rzecz się dzieje w pewnej placówce na granicy w Bieszczadach. Film się tworzy, ale mogę dodać, że występują tu Marcin Dorociński, Andrzej Chyra i Andrzej Grabowski.

A jakieś plany na przyszłość?

– Będę grał u Wojtka Smarzowskiego w filmie „Wołyń”. W pewnym sensie będzie to w umundurowaniu, bo wcielam się w postać księdza Józefa. Wiemy, co się stało na Wołyniu i znamy temperament Smarzowskiego – zapowiada się bardzo mocny film.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Paweł Pietruszkiewicz

reklama